„Ja zawsze jestem Wolny, i proponuję aby wszyscy byli Wolni"

– wywiad z Przemysławem Kwiekiem (13.12.2014).

Sylwia Ciuchta

Sylwia Ciuchta: Patrząc przez pryzmat Pańskiego dorobku artystycznego – jak odnosi się Pan do programowych pytań Festiwalu: czym jest Wolność? Czy da się ją wyrazić w sztuce?

Przemysław Kwiek: Problem Wolności – przez duże „W” – jest zasadniczym problemem mojej sztuki. Niestety nie mam możliwości, ale tu trzeba by sięgnąć do tekstu Jana Piekarczyka – mojego zmarłego kolegi matematyko-artysty, który dokładnie to opisał. Jest to najlepszy tekst o mojej twórczości.*1
Robię tak zwany Appearance, to znaczy krótko mówiąc – Pojawienie się; wygląd. Nie jest to Performance, chodź może nim być, a zasadniczą jego cechą jest W o l n o ś ć.
Nie ma Appearance bez Wolności, jak i nie ma Wolności bez Appearance – swobodnego pojawiania się z procesualną lub obiektową formą. Każdy obywatel ma prawo, przyrodzone, do BYCIA, zarówno w prywatnym wnętrzu (wtedy się nie Pojawia) jak i w przestrzeni publicznej (wówczas się Pojawia). Wszyscy ludzie których spotykamy na ulicy, w urzędzie, robią właśnie Appearance. Z tym, że nie są Artystami, więc ich Pojawianie się nie jest Sztuką. Ale też dotyczy ich problem Wolności.
Problem Wolności dotyczy wszystkich, a Appearance bez Wolności nie może zaistnieć. Jeśli nasza Wolność zostaje w jakiś sposób ograniczona, to nazywa się to dyktaturą lub państwem urzędowym, w którym ważniejszy jest papier niż Człowiek.
Wracając do Festiwalu Performance – wszystko to obowiązuje również tutaj. A w związku z tym, śmiało można narzucić temat w tym kontekście taki jak Dramat Wolności. Tak też się stało. Inaczej mówiąc, mnie to nie dotyczy. Stosunek mojej działalności do tematu Festiwalu jest taki, że ja zawsze jestem Wolny, i proponuję aby wszyscy byli Wolni. A reszta – chociażby dwudziesta piąta rocznica zmian ustrojowych w Polsce, i tak dalej…
Przecież Pani wie, jedni robią sobie z tego kpiny, z tej „wolności” – mówią, że to propaganda i nieprawda – inni z kolei są w sprawę bardzo zaangażowani. Ale to nie jest temat do rozważenia przy okazji dzisiejszej rozmowy.

Sylwia Ciuchta: Pana twórczość, również z okresu działalności KwieKulik, wprowadza w życie założenia Otwartości Sztuki – na wszystkich jej poziomach. Rozumiem to jako manifest wolności sztuk…

Przemysław Kwiek: Ten problem Otwartości, co do nas, wiąże się terminem Formy Otwartej Profesora Oskara Hansena. W różnych opracowaniach twórczości KwieKulik, można zaobserwować, że uznaje się ją jako kontynuację Jego Formy Otwartej. Nic bardziej błędnego. I co z tego, że byliśmy z Janem S. Wojciechowskim i Zofią Kulik jednymi z najbardziej zaangażowanych w Jego idee.
Jest to nieszczęśliwy termin, bo Hansen stosował go do architektury – był architektem – a termin był na tyle ogólny i nośny, zwłaszcza w tamtych czasach dekretowanej „Kultury i Sztuki”, że dzisiaj historycy chętnie i bez refleksji określają nim nowoczesną sztukę KwieKulik – i wszystko gra!
Myślę, że i Pani pytanie ma te korzenie. A my nie architekci. Choć oczywiście proponowaliśmy Otwartość. To nie znaczy, że Hansen był do tego potrzebny!
To JEGO „Forma Otwarta” (!). Piękny, utopijny, jedyny wtedy w Polsce projekt konkretnej zabudowy kraju, możliwy jedynie w socjalistycznym „ustrojstwie”.
Mój życiowy błąd powodujący te dzisiejsze konsekwencję – że zgodziłem się na nazwanie naszego filmu 35 mm „Forma Otwarta”.*2
Przecież mieliśmy niezależne własne fundamenty teoretyczne. Od strony nauki, pomijając wiedzę „obowiązkową” (Kant, Platon, Tatarkiewicz, itd.): Twardowski, Kotarbiński, Szkoła Lwowsko-Warszawska filozoficzna i matematyczna, Petrażycki, teoria Działań, Wiedeńscy Analitycy, Marks, Suchodolski, Chwistek, Witkacy, Leibniz, Wittgenstein… I byliśmy „dziećmi epoki”, tzn. uczestniczyliśmy „dzień po dniu” w klimatach społecznych chociażby kontrkultury Paryskiego Maja 68, rewolucji Hippis, w kolejnych zwrotach sztuki tamtych czasów: akctionpaintig, opartowskich, popartowskich, konceptualnych, krytycznych, medialnych, akcyjnych, itp. Nowoczesność Impresjonistów, Kubistów, Futurystów, Brutalistów, Fluxusu, „Duchamp’owców”, Konstruktywistów, Fowistów, Modernistów, itd. przerabialiśmy sobie w formie realizacji praktycznych jako codzienne wprawki. A pokazać rysunki z rysunków klasyków z wydawnictw będących w ASP?
– Kując w tym kontekście „nowoczesny” „zwrot” WŁASNY!
„Zaliczona” cała klasyka stara i nowa Ruska łącznie z Gogolem, Czechowem, Bablem i Buninem; cały Balzak (dzięki Boyowi), Zola, Maupassant, de Laclos, Stendhal, Szekspir, Molier, Maeterlinck, Heine, Goethe… Jakby dodać do tego, co analitycznie widziałem (obrazy, rzeźby) łącznie z wieloletnimi corocznymi „Konfrontacjami” filmowymi; co analitycznie słuchałem (z 10 lat 2 razy na tydzień w Filharmonii) – to wyliczanki, łącznie z komentarzami, starczyłoby na cały wywiad…
Co to znaczy Otwartość u nas?*3  To znaczy procesualność, a nie produkowanie „zamkniętych form”, artefaktów, które stoją i są wieczne. Pomników i posągów, i to mających przód i tył. A zacząłem od solidnego i długiego studiowania – o jedności przeciwieństw! – gipsów, postaci, posągów i biustów!
Procesualność w szerokim rozumieniu tego słowa. Produkująca efemerę – stąd „Dokumentacja”, która chronić ma „tkankę Sztuki Narodowej” przed niebytem. Wyciągnąłem praktyczne wnioski, że rzeźbiarz obok dłuta posługuje się równorzędnie aparatem fotograficznym produkującym „zjawiska ekranowe” o niespotykanej sile estetycznej, wizualnej, w dodatku o charakterze dokumentu, będącego zastępnikiem zanikłego w czasie „realu”.*4  I Artysta jako „Działający” wieczny „Sprawca”.
To nie ta „Otwartość” jaką miał na myśli Hansen.

Sylwia Ciuchta: Czyżby Pan się odżegnywał teraz od Hansena?

Ależ skąd! Odwrotnie. Bardzo byliśmy zaangażowani w Jego program ćwiczeń. Mało tego, uważam, że to te Jego zadania z „Brył i Płaszczyzn”*5  są pomnikiem. Powinni je przerabiać wszyscy w szkole, by mieć właściwe pojęcie o ”czaso-przestrzeni”, urbanistyce i wszystkiego co jest w „3D”, tak jak elementy muzyki, czy dwuwymiarowej plastyki.
Ale wkurza mnie ten polski syndrom Janka Muzykanta, którym muszą „mantrować” historycy jako zasadą, a za nimi bezrefleksyjni propagatorzy: dziennikarze, krytycy, kulturoznawcy…, faszerować każdą biografię twórcy, że biedny młody (28 lat, to młody?) sam nie jest w stanie niczego oryginalnego wygenerować u swych początków. Przecież musi być jakiś Ojciec?!
„Pójdź dziecię, ja Cię uczyć każe”…, bo inaczej skończysz na malowaniu akwarelkami co najwyżej takich tematów, jak grzybobranie, zachód słońca, czy mój tata.
– Tak, malowałem takie tematy pod okiem artystki malarki Ireny Żabianki na Elektoralnej w Warszawie, ale jak miałem 11 lat!
Ja byłem zafascynowany „Traktatem o dobrej robocie” Kotarbińskiego. Jego „Elementy” były w starej przedwojennej szafie mojej rodziny… Myślę, że Hansen nie wiedział kto to jest Kotarbiński. Natomiast, jakby się kto pytał, to właśnie Hansen zwrócił się do nas [KK] po „Grze” na „Wzgórzu Morela” w Elblągu (grudzień 1971)*6 o wypożyczenie naszej slajdowej dokumentacji z tego wydarzenia; chciał pokazać ją na swoim wykładzie dla nauczycieli plastyki, jako gorącą nowość formalną niezwykle ważną dla Sztuk Wizualnych.
A jakby tej dokumentacji nie było? A jakbym nie zaprosił wtedy Hansena, Kowalskiego i studentów Rzeźby do Elbląga?
Strach pomyśleć jakie byłyby konsekwencje – oto młody Polak coś samodzielnie „wymyślił” w Sztuce!: „Sztukę w płynie” – „Kopernikański” przewrót – negację krążenia słońca wokół obiektu!...
Upłynęło 45 lat, i co? 90 procent!
Wydziałów tzw. „Działań przestrzennych” mamy na naszych Akademiach dzisiaj z 5! To była wtedy moja decyzja poważna, na całe życie, za którą zapłaciłem i płacę dalej…
Ale też i serce rośnie, jak widzę ilu młodych ludzi „idzie tą drogą” przeciw wichrom komercyjnego „Glamour” (przepraszam, że nawiązuję do P. Prezydenta Kwaśniewskiego, twórcy tzw. „kwasycyzmu w Sztuce”, wdg. określenia Jana Piekarczyka)*7 *8 
Ale tzw. „Gry” lub lepiej „wieloosobowe Działania naprzemienne”, inaczej „Współdziałania”, zaczęte „Grą” na twarzy aktorki Ewy Lemańskiej, części filmu Forma Otwarta (luty 1971), a wcześniej jednoosobową „Grą” z samym sobą – moim wcześniejszym studium aktu pod horyzontem (1967) i późniejszym dyplomem, studium aktu nad horyzontem (1969-70) – rozwinięte potem przez grupę Doba, Gutt, Raniszewski w Ich „Rozmowy”– są moje, a nie Hansena i kropka.

Sylwia Ciuchta: Co sądzi Pan na temat instytucjonalnych schematów funkcjonujących w „świecie sztuki”? Czy warunkują one twórczość artystów chcących zaistnieć?

Przemysław Kwiek: Tak, jak najbardziej istnieje „instytucjonalność”. „Uzależnienie instytucjonalne”.
Przekonałem się o tym będąc Komisarzem „Perfidii Perfearance IV” i będąc członkiem Jury 10. Szczecińskich Inspiracji 2014, gdzie organizowany był konkurs dla „młodzieży Sztuki”.*9 Młodzi artyści składając podania, muszą dokładnie wszystko opisać w określonej ilości słów – co chcą przez dzieło powiedzieć, jaką zastosować formę i dlaczego, załączyć zdjęcia i filmy – dosłownie jak w kwestionariuszu o pracę. Jest to coś niebywałego, wszyscy podporządkowują się tej formule.
Jeśli chodzi o instytucjonalizacje, to istotna jest sprawa komercji w sztuce, która nie dotyczy tylko sztuki polskiej. Patrząc od strony komercyjnej: młodzież też jest w nią uwikłana, musi śpiewać jak jej zagrają. Młody człowiek, świeżo po studiach nic nie może, jest zerem. Musi podporządkować się regułom gry, aby w ogóle wejść do tego świata, i rozpocząć swój terminarz. Może się uda, może się nie uda…
Jeśli będzie terminował dwadzieścia, trzydzieści lat to raczej mu się uda zostać „Artystą” w moim rozumieniu, aczkolwiek jeśli chodzi o sukces finansowy to może on być, a może go nie być. Tu najbardziej liczy się wytrwałość, inaczej mówiąc „Konsekwencja”.
Uważam, że instytucjonalność trzeba wziąć z dobrodziejstwem inwentarza i nauczyć się w niej pływać. A jeśli nie – proszę bardzo. Wtedy można iść do subkultury, gdzie te prawa nie obowiązują. Jak najbardziej – „Wolność” całkowita, znakomite samopoczucie – ale rezultaty widoczne ze świata instytucjonalnego będą żadne.
Ale też grono „oburzonych” się powiększy. Nowojorska zasada: pół roku Art, pół roku Arbeit na ten Art…

Sylwia Ciuchta: Czy uważa pan, że artysta, aby funkcjonować w obiegu oficjalnym, musi się dopasować do obowiązujących schematów, czy zachowanie przez niego Wolności w tym kontekście jest możliwe?

Przemysław Kwiek: Jest możliwe, myślę, że jest to realizowane. Młodzież nie jest głupia, zwłaszcza po latach kształcenia.
Widać to chociażby na tym Toruńskim Festiwalu. Więc z jednej strony jest to możliwe, z drugiej strony Staff instytucjonalny zdając sobie z tego sprawę, bierze pewne poprawki. Nie zachowuje się brutalnie czy urzędowo, nie zamyka oczu. Absolutnie nie, nie może tego robić, bo instytucja po prostu przestała by istnieć. Artyści i instytucje to dwie synergicznie dopełniające się części, jedna musi patrzeć na drugą i z uwagą współpracować, w innym wypadku nic z tego nie będzie.
Tak to wygląda. Nie wiem czy pocieszyłem Panią czy zasmuciłem swoją wypowiedzią, ale jest to takie kwaśno-gorzkie, słodko-kwaśne, słono-słodkie…

Sylwia Ciuchta: W dzisiejszej sztuce możemy zaobserwować tak zwany „trend ekonomiczny”…

Przemysław Kwiek: Tak, tak zwana komercja… Są biedni artyści, nie mówię tu o młodych, dlatego na początku mojej wypowiedzi mówiłem o wytrwaniu tych dwudziestu, trzydziestu lat. To jest bardzo ważne – wytrwać w tej sytuacji. Jeśli się to uda, to taki artysta nagrodę dostanie, aczkolwiek rzadko się to zdarza.
Zdarzają się fajerwerki młodości, a potem zwykle ten młody człowiek przechodzi do porządku dziennego swojego życia i przestaje być czynnym twórcą. Jednakże ani nie zmienia to postaci rzeczy, ani nie stawia Go w złym świetle, to się po prostu zdarza. Doświadczenie twórcze wtedy nie szkodzi, wręcz przeciwnie, na pewno pomaga w dalszym życiu.
Kostołowski ukuł taki termin „wirtualnego odbiorcy”. Jeśli człowiek, który tworzył, przestanie uprawiać twórczość, zasili szeregi tej najlepszej kategorii widzów. Kiedy taki przyjdzie na przykład na Festiwal Performance’u jak ten tu chociażby, będzie potrafił ocenić zjawisko, w momencie gdy normalny widz jest ślepy, nie wie co naprawdę się dzieje i nie może nic ocenić, lub zwyczajnie nie wie co jest dobre, a co złe.

Sylwia Ciuchta: Czy możemy zaobserwować dzisiaj postawy krytyczne, wyłamujące się z tego „trendu komercyjnego”?

Przemysław Kwiek: Jak najbardziej. Jest całe grono znakomitych artystów, którzy już machnęli ręką na sprawę komercji, bo wiedzą, że nic z tego nie będzie. A zwłaszcza przy takich gatunkach twórczości, gdzie nie ma czego sprzedać, nie ma czego powiesić na ścianie.
Co jest dziś coraz bardziej powszechne w sztuce. Z drugiej strony lobby komercyjne się broni i próbuje zamieniać efemerę w artefakty żeby mieć czym handlować i utrzymać tzw. „Kanon”; fakty przedstawiła A. Hołownia chociażby.
Ale znakomite grono artystów, którzy machnęli na to ręką bardzo dobrze działa. A co właściwie oznacza takie działanie? Jest to ukulturalnianie społeczeństwa. Za darmo, gdyż państwo za to nic nie płaci – same pozytywy niby.
Jakie w tej sytuacji są możliwości dla młodego artysty? Są dwie możliwości: albo wejdzie w komercję i dzięki sprzedaży uzyska środki na własną działalność, albo państwo zacznie finansować jego twórczość.

Sylwia Ciuchta: A może prywatny mecenas?

Przemysław Kwiek: Nawet nie pomyślałem… Ale znałem taki przypadek! Ze 20 lat temu jeden niekonwencjonalny kolega miał mecenasa – ale oboje byli trunkowi. I większość gotówki szła na wódę… A, i Bonarski coś tam sfinansował Kozyrze.
Jeśli ja, za dzisiejszy występ dostaję honorarium w wysokości trzystu złotych (co mnie bardzo cieszy), to nie ma o czym mówić. Dla porównania, dwadzieścia lat temu w Niemczech wysokość wynagrodzenia dla profesora za pół godzinny występ wynosiła 4 tysiące marek, czyli ok. 8 tys. zł.
Podsumowując, są dwie możliwości – państwo albo komercja.
Wejście w komercję oczywiście nie oznacza, że ktoś przestaje być dobrym artystą.
Są wspaniałe przykłady znakomitej sztuki artystów, którzy funkcjonują w komercyjnym obiegu i jednocześnie zachowują poziom. Robią co chcą, ale w taki sposób, żeby można było dziełem obracać, czy sprzedać je do kolekcji publicznej czy prywatnej. Jak to ja mówię, dzieło musi mieć wtedy charakter „pokupny”.
Przede wszystkim dla prywatnego nabywcy, ale i niestety dla państwowego też.
Ten „pokupny” charakter też się powoli zmienia, obejmuje formy jeszcze niedawno mogące być uznane za „nie sztukę”. Znana ekskluzywna Galeria „Art NEW media” z warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia, która w latach 2000. z powodzeniem handlowała dziełami wiekowych „gwiazd”, Akademickich Profesorów – weszła nawet jako pierwsza na Giełdę – nie tak dawno zbankrutowała.
Po prostu ta była „pokupność” nie wystarczyła.
Sztuka się zmieniła, gusty też. Ale i bez „nowej pokupności” się nie obejdzie.
Tylko, że w Polsce niestety bogaci kolekcjonerzy są na niskim poziome intelektualnym – XIX wiek, Jeleń na Rykowisku, a do spekulacji Malczewski – tak to wygląda.
No może w ostatnich dwóch dekadach zaczęła się pojawiać klasa bardziej „czująca bluesa”, „średnio wieczna” (śmiech), zdolna do kupna tej „nowej pokupności”. Bogatsze lemingi. Stąd pojawianie się nowych Galerii skłonnych ją obsługiwać artefaktami bardziej odnoszącymi się do współczesności. Tym nie mniej państwowe pieniądze dalej są najlepszą sprężyną. Zaczyna się nawet mówić o „mafii” wokół niej.
Ale proszę pozwolić – chyba tu właśnie jest okazja, żebym odczytał z karteczki moją wcześniejszą notatkę – paradoksalną myśl pasującą do tematu „niepokupna Sztuka, a komercja” [autor wyjmuje z kieszeni karteczkę].
– „A co jest Sztuką u Pr. Kwieka? Postępowanie (w dużej ilości czasu). Chcesz obcować z pięknem Sztuki Kwieka? To Go kupuj! Jak kupować »postępowanie«? Prosto – kup COKOLWIEK od Pr. Kwieka. A czy »postępowanie« (Pr. Kwieka) może być »piękne«? (pięknem?). – Jeśli jest »majstersztykiem«, tzn. czymś wymagającym do jego powstania myślenia i żmudnej profesjonalnej pracy – to może być”…

Sylwia Ciuchta: Próbował Pan coś sprzedać?

Przemysław Kwiek: Tak. Nie ma problemu, jestem realistą. Jest komercja i koniec.
Nie zamierzam z nią walczyć. Byłem przez jakiś czas Artystą wspomnianej Galerii „Art NEW media”*10 i nic nie sprzedałem.
Ale powiem o fakcie, który mnie upokorzył. Niech to będzie znamienny przykład sytuacji krajowej; nie życzę nikomu z dobrych a „niepokupnych” takich przeżyć. Otóż na którejś z kolei wystawie przed aukcyjnej w Galerii Rempexu*11 „Art + on”, prowadzanej wtedy przez Marikę Kuźmicz, „wisiał” obok mnie Kol. M. Bałka – kawałek zespawanej blachy – za 340 000 zł! Moje kraty ze zdjęciami z deformowanym czołem były po „marne” 5 000 zł – nie, nic nie sprzedałem…
Ktoś „bywały” powiedział: „nie dziw się, to normalna cena zagraniczna Bałki”. Zignorował fakt, że rzecz działa się w kontekście polskich złotówkowych portfeli… I tak to jest, droga schizofrenio…

Sylwia Ciuchta: Panuje przekonanie o hermetyczności środowiska sztuki, jaki jest Pana stosunek do tego?

Przemysław Kwiek: Owszem to środowisko jest hermetyczne i nie wiem jak by mogło być inaczej. Ale jest ono tak samo hermetyczne jak i wiele innych środowisk, jest na to wiele przykładów. Na 90% zjawisk politycznych społeczeństwo nie reaguje, bo ich nie rozumie.
Weźmy fizykę jądrowa, astrofizykę, filozofię, ekonomię, matematykę… czy ktoś np. wie, co to są „logiki niemonologiczne”, rzecz dla mnie gorąca, a której przejawy będą naturalne dla ludzi za 40 lat?...
Owszem, są jakieś popularyzatorskie audycje – choć nie na temat tej logiki – i bardzo dobrze, ale normalny człowiek nie ma do tego dostępu ani nie chce mieć.
Nie będzie sobie głowy zawracać tym, ze jakaś gwiazda gdzieś pękła 3000 lat świetlnych temu. I tak nas szlag trafi, bo jak wiadomo Słońce się wypali, a Ziemia się rozgrzeje i wyparuje. A co go obchodzi chociażby takie Seminarium Ewy Majewskiej na temat „Sztuki w przestrzeni miejskiej” w Polskiej Akademii Nauk, w którym aktualnie biorę udział, a przecież wstęp jest wolny?
A obchodziły w początku lat 70-tych otwarte wykłady w tymże PAN-ie „Prakseologii” Tadeusza Kotarbińskiego, „Historii Estetyki” Władysława Tatarkiewicza, „Historii Humanistyki” Bogdana Suchodolskiego, „Historii” Jerzego Topolskiego, które dokumentowaliśmy magnetofonem?

Sylwia Ciuchta: A czy mimo tej hermetyczności sztuka wpływa na społeczeństwo, zmienia otaczającą nas rzeczywistość?

Przemysław Kwiek: Oczywiście. Sztuka, Artyści, dobrzy Artyści. Ale, żeby w ogóle można było mówić o dziele sztuki czy zjawisku artystycznym – czy to procesualnym czy obiektowym – musi być najpierw Artysta!
Jeśli autorem nie jest Artysta, to nie ma Sztuki.
Posługując się kolokwialnym przykładem: jeśli amator zrobił instalację hydrauliczną, czy elektryczną w swoim domu, może ona funkcjonować, jednakże nie ma nic wspólnego z profesjonalnymi instalacjami – z ciągiem ekonomicznych sprawnych czynności doprowadzających do finału.
Wiec ciężar sprawy przesuwa się na pytanie, kto jest tym Artystą? Każdy „nie Artysta” może namalować obraz czy zrobić Performance, ale cokolwiek by nie zrobił, nie jest to Sztuką. To jest bardzo jasne – nie ma Artysty, nie ma sztuki! Choć może być ciekawie i „dziko”.
Pani zapytała o wpływ sztuki na społeczeństwo. Jak najbardziej, kiedy powstanie Sztuka robiona przez Artystę, ma wówczas wpływ ogromny, myślę że jeden z największych.
Nie ma nic gorszego, jak „kreacja” nie artysty, która ma ogromny wpływ na społeczeństwo i zmienia otaczającą rzeczywistość, np. wpływ generała, czy innego pułkownika, który wydał rozkaz strzału w Malezyjski samolot pasażerski nad Ukrainą.
Tylko jakie jest zadanie Artysty? Dawniej miał bardzo utylitarną funkcję, odzwierciedlał mimetycznie rzeczywistość, malował portrety, dwór, obrazy realistyczne, obsługiwał widokami i anegdotami Kościół. Był też Realizm Socjalistyczny, Narodowo-Socjalistyczny Niemiecki, to się oczywiście skończyło, ale artyści robili tę robotę i byli ważni. Pisarz w dobie PRL-u to był guru, wszyscy się z nim liczyli, z pierwszym sekretarzem partii włącznie. Diego Riviera w Meksyku był równy Prezydentowi, Le Corbusier, Oscar Niemeyer, Andy Warchol… – międzynarodowe autorytety; Jackson Pollock, Jean-Michel Basquiat, Keith Haring, Damien Hirst, Tracey Emin… – gwiazdy równe innym pop-popularnym, itd.
W „narodowych”, tak można powiedzieć, filmach BBC, znani artyści „wysokiej” Sztuki aktualnej zapraszani są do autorskich komentarzy; niebywałe!
Angielska nagroda Turnera jest publicznie komentowana jakby dotyczyła piłki nożnej…
U nas póki co jest to wszystko jakieś spsiałe.
Społeczeństwo jest trochę bogatsze, a i w sklepach nie jest źle, są czyste wyłożone kafelkami ubikacje, można zapalić telewizor, zająć się zgłębianiem smartfona i życie jakoś przeleci – daje radę bez Artysty (ciągle mowa o „Sztuce Wysokiej”).
Ale jak się delikwent zacznie zastanawiać nad jakimkolwiek aspektem rzeczywistości zaobserwuje, że być może jest trochę za brudno, a reklam jest może za dużo, że IKEA w porównaniu z przeciętnym wnętrzem to Wersal, że dzieci głupie, sąsiedzi także, ta odzież i krawaty beznadziejne, ta nuda, życie boli, a nawet, jak chce Beckett, najlepiej gdyby nie przyszedł był na ten świat – to zaczyna „świecić” Artysta!
Norman Leto w długim filmie pokazuje swoje przestrzenne modele „dróg życia” jednostek – miliony prostych, podobnych, rutynowych, cyfrowych tasiemców. Czasami od wielkiego dzwonu pokazują się formy duże, skomplikowane, złożone, np. Geraldine Chaplin, Stalina…
– Jedną z głównych powinności artysty jest przemyślenie, ponowne przerobienie wszystkich problemów, które dotyczą człowieka. Czego zwykły człowiek zazwyczaj nie robi, z bardzo prostej przyczyny – urzędniczka na poczcie, to przykład – może być i inżynier, lekarz – pracuje z osiem godzin dziennie, rutyna życia sprawia, że zwyczajnie nie ma czasu na przemyślenie problemów ekologicznych, ekonomicznych, globalnych, społecznych, rodzinnych, logistycznych, psychologicznych, wreszcie estetycznych.*12
Tu wkracza Artysta ze swoją „Lampą i Iskrą Bożą”.
Tylko społeczeństwo powinno o tym wiedzieć, zapłacić za to i korzystać z tego – polskie!
A nie: co to za pasożyty! Ja to lepiej swoim ogonem zrobię! Z drugiej strony, nie ma tu nic do roboty taki „Artysta”, który inaczej rozumie swoją rolę!

Sylwia Ciuchta: Wracając do tematu Festiwalu, jak Pan postrzega tę inicjatywę?

Przemysław Kwiek: No w tym momencie jesteśmy na półmetku, jest połowa dnia drugiego, a Festiwal trwa trzy dni. Wczoraj było bardzo ciekawie, i dziś też jest ciekawie. Są świetni młodzi artyści.
Co zauważam? To, że teraz nie ma Festiwali lepszych czy gorszych, tak jak to było kiedyś.
Zauważyłem, że Festiwal jest bardzo zazębiony w środowisko Toruńskie. Już zaczyna stawać się stałą imprezą, prowadzony jest od 2007 roku, a od trzech lat w tym miejscu (Centrum Sztuki współczesnej Znaki Czasu), możliwe, że stanie się tak jak w Piotrkowie Trybunalskim.
Kto by pomyślał, że w jakimś Piotrkowie Trybunalskim (przecież to nawet śmiesznie brzmi) odbywa się jeden z najważniejszych na świecie Festiwali Performance’u mający tam dziesiątki swoich fanów. Choć ja z uporem maniaka mówię Organizatorom, że to ma być „Festiwal Sztuki” przez duże „S”, a nie Festiwal Performance’u – bo marnie zginą.
Tu w Toruniu widzę obecność dzieci, to bardzo dobrze, dzieci trzeba przyprowadzać na tego typu Festiwale, od wieku trzech, czterech lat. Jak dziecko podrośnie rok po roku przychodząc 5 czy 10 lat na taki Festiwal, to ono już do teatru nie pójdzie. Chyba, że do jakiegoś dobrego.
Ale na razie u nas nie ma dobrych teatrów.

Sylwia Ciuchta: Ostatnio widziałam bardzo dobry spektakl pt. Kobro w Łodzi, w Teatrze Nowym

Przemysław Kwiek: O! Kobro, a no może, no ba…! Ale to trzeba było aż Kobro zaprząc. Wiadomo o co chodzi, znowu Awangarda, która w Związkach Artystów Plastyków była wyklinana, to były czarne owce. Taka Kobro…

Sylwia Ciuchta: Spektakl oczywiście ukazywał relację Strzemińskiego i Kobro, tym razem z perspektywy Niki…

Przemysław Kwiek: No Nika Strzemińska, córka, zdaje się że Strzemiński trochę zgnębiony jest w tym spektaklu, a Ona… jak było naprawdę? No, trzeba by na to spojrzeć z różnych perspektyw…Swoimi rzeźbami paliła w piecu, a zły Strzemiński… Jezu!…
O! Gdyby powstał taki spektakl, a może film, który pokazałby, w jakiś bardzo atrakcyjny sposób (a materiałów jest pełno, jest cala dokumentacja) związek KwieKulik, to żyć nie umierać – pikantne szczegóły towarzyskie, płatny sex, ciosy nożem, zwierzęca praca, cyfrowe galery, nadludzki perfekcjonizm, doczekanie się Godota…!
Ale dzisiejszy teatr, o czym tu mówić, biorąc pod uwagę kilkadziesiąt lat Performance’u…
Tradycyjny aktor, jeśli nie uwzględni tego nurtu artystycznego, to po prostu się kompromituje. Byłem świadkiem takiej właśnie historii w Piotrkowie Trybunalskim. Profesjonalny aktor zrobił monodram, zaprosił wszystkich uczestników zagranicznych i polskich, no i po prostu, dla przyzwoitości, wysiedzieliśmy do końca, ale już po pięciu minutach zasadniczo trzeba było wyjść. Zaczęło być nam niedobrze, duszno, krzesła parzyły w d…. To nie był zły aktor, ale to nie ma znaczenia. To jest takie przestarzałe, jakby ktoś założył drewniane saboty, w których Holendrzy chodzili w XVIII czy IX wieku. Tak mniej więcej wygląda klasyczny teatr w stosunku do dobrego Performance’u. Jego mistrzowie już zaczynają umierać, czyli są około siedemdziesiątki.

Sylwia Ciuchta: Co Pan sądzi o młodych Performerach biorących udział w Festiwalu? Był jeden dwunastoletni chłopiec [Franciszek Karasiewicz].

Przemysław Kwiek: On był znakomity! To po prostu jakieś kuriozum… Organizator czytał, że on dostawał jakieś nagrody, za malarstwo, za grafikę w szkolnych konkursach – ale w tradycyjnej sztuce. I tu nagle zrobił Performance, co mi się niesłychanie podoba, bo tak powinno być.
Młody człowiek powinien uprawiać sztukę tradycyjną i sztukę Performance, która polega na wystąpieniu „na żywo” – po równo! Ten chłopiec był świetny, Performance świeżutki, rewelacyjny! Wątpię żeby któryś z zawodowych performerów, a musiałby to być naprawdę wielki mistrz, zrobił taki performance jak On.
Myślę, że nie zdaje sobie z tego sprawy, jak to często bywa u młodych; zresztą i u ich rodziców też.

Sylwia Ciuchta: Wygląda na to, że na Festiwalu wyłaniają się niebywałe talenty…

Przemysław Kwiek: Tak, ale z drugiej strony ciekawe jest to, że w ogóle zaszła w Toruniu taka historia. Organizatorzy potraktowali Go poważnie, jak artystę po studiach artystycznych. To też coś znaczy. Stworzono dział „młodzi”.

Sylwia Ciuchta: Na Festiwalu obecni są artyści ze Lwowa…

Przemysław Kwiek: Tak, jest bardzo silna grupa artystyczna. Ja teraz byłem we Lwowie z Januszem Bałdygą, gdzie robiliśmy Szkołę Performance’u (tzn. ja robię Appearance). Całość mam udokumentowaną filmem. Rewelacja. Nadałem temu nazwę, i tego się będę trzymał: „Lwowsko-Warszawska Szkoła Appearance’u”*13.

Sylwia Ciuchta: Działania we Lwowie były jednorazowe?

ysław Kwiek: Odbyło się to już któryś rok z kolei, to jest corocznie odbywający się Tydzień Sztuki Współczesnej. Warsztaty te odbywały się już w poprzednich latach – zamiast mnie był np. Nigel Rolf, profesor z Anglii, a w tym roku zaprosili mnie w Jego miejsce.
W zeszłym roku w Piotrkowie Trybunalskim gościła grupa Ukraińców, ja wówczas zrobiłem Performance o Majdanie, gdzie użyłem tej słynnej pieśni żałobnej Majdanu „Plyvie Kacza po Tisinie”.*14 Śpiewana jest ona teraz tylko w związku ze śmiercią tzw. „Niebiańskiej Sotni”.
Można występ zresztą obejrzeć w Internecie. Po prostu był to najwidoczniej dla Nich wstrząs, więc zapewne stąd to zaproszenie. Oczywiście, gdybym nie posiadał tego stażu który mam, mimo tego występu, mogłoby to zaproszenie nie dojść do skutku, bo chodziło o kształcenie młodzieży, i to akademickiej.

Sylwia Ciuchta: W temacie Performance’u ciekawe jest zagadnienie zwrotu performatywnego…

Przemysław Kwiek: Tak, zwrot performatywny; oczywiście można o czymś takim mówić. Popularność sztuki Performance rozlewa się jak dżuma w średniowieczu.
Ale jeszcze niestety nie doprowadzono do tego, aby Performance był poważnie traktowany, no niestety. Muzeum Sztuki Nowoczesnej zrobiło, jakby z nieba spadło, cykl spotkań poświęconych Sztuce Performance. Wiadomo, że Polska jest zawsze jakieś 20, 30 lat spóźniona za Zachodem, tylko akurat nie spóźniona, jak Pani powiedziała , „w temacie” Performance – czego widocznie Muzeum nie wiadomo. Jednakże takie instytucjonalne wydarzenie już o czymś mówi. I to w instytucji warszawskiego „Salonu”!
Nawiasem mówiąc, ani ja, ani np. Łukasz Guzek – historyk sztuki, który dobrze zna się w Polsce na Sztuce Performance, ani A. Tajber z Krakowa, T. Sikorski, R. Ługowski, J. Rylke, O. Chmioła, M. Kaźmierczak, J. Bałdyga, Z. Piotrowski, P. Kempisty, W. Tatarczuk, a Świdziński już umarł – nie zostaliśmy zaproszeni. Ani do występów, ani do prezentowania teorii i historii gatunku. Zostało to zrobione siłami zagranicznymi: profesorowie z Londynu (Lepecki), ze Stanów Zjednoczonych, a Polacy w odstawkę. Przepraszam była Pani prof. z Polski, od jakiegoś niby Performance’u – bo tu wszystko co się rusza, muzyka, teatr, to Performance – zobaczyłam Ją tam po raz pierwszy w życiu (!).
To jest stresujące i dołujące, my w ten sposób jako kraj nie zaistniejemy. Wracając do Piotrkowa Trybunalskiego, czasami śmieje się: przecież Wy jesteście „Wolne Miasto Piotrków”, macie własną prasę, własną telewizję, własnych krytyków, własne 2-3 galerie, nie trzeba Wam Warszawy.
Toruniu, i to Tobie mówię też! Tak mogłoby być w całej Polsce, po co nam te ciągłe patrzenie na Warszawę, a „salonu” Warszawy na Zachód?
Można, ale z obowiązkową symetrią!*15  Na razie mamy do czynienia z pognębieniem interesów Polski.
A „Zachęta” pod dwukadencyjnym dyrektorstwem Andy Rottenberg całkowicie skreśliła Sztukę Performance i jej Artystów, zaś śp. Wojciech Krukowski dyrektorując Warszawskiemu Centrum Sztuki Współczesnej zmarnował 10 lat jeśli chodzi o ten gatunek Sztuki.
To niepowetowane straty! A mówimy o gatunku, którego Artyści są najbardziej rozpoznawalnymi Artystami polskimi na świecie!

Sylwia Ciuchta: Czyli Pan myśli, że jest zapatrzenie na Zachód?

Przemysław Kwiek: Jasne, że jest, ale jest to snobistyczne zapatrzenie. Ze strony kuratorów – no jasne, chcą dorównać. Liczą na to, że zostaną tak samo potraktowani, skoro zaproszą do Polski na wykład to i może zostaną zaproszeni do Nowego Jorku, czy Niemiec czy Anglii. To jest kopanie pod sobą dołków, w dodatku nieświadome.
Żeby wwieźć obrazy do Niemiec trzeba dostać zgodę Związku Artystów Plastyków Niemieckich, który traktowany jest jako związek zawodowy. Przecież ich rynek jest tym zagrożony – artystów jest jak psów, dlatego potrzebne są selekcje i hierarchie.
Zwłaszcza w wypadku Performance – dziś ktokolwiek głowę ledwo co na Festiwal wsadzi, zobaczy Performance i pomyśli „Boże, przecież ja mam genialny pomysł”. Bach! I zrobi Performance, czemu nie. Ale jak wcześniej powiedziałem, może sobie robić, tylko jednak wtedy on zrobi Sztukę… – jeżeli będzie Artystą! O tym nie zapominajmy.
Nagle wszyscy robią Performance, i znakomicie… ale czy tyle jest Sztuki? Nie, sztuki jest tyle ile było, robią ją Artyści. Ale im więcej Polaków będzie malować, rzeźbić i Performować, to tym lepiej. Rozumiemy się, o co chodzi? Sprawnie!!!

Sylwia Ciuchta: Czy Artystą jest ktoś, kto skończył uczelnię artystyczną?

Przemysław Kwiek: Nie, w żadnym wypadku. Na pewno tak w przypadku sztuki rzemieślniczej, tradycyjnej, figuratywnej, ilustrującej, mimetycznej. W tym wypadku jak najbardziej, pięć lat studiów to jest minimum, żeby w ogóle cokolwiek zacząć robić w tej branży – umieć namalować człowieka w proporcjach, osadzić postać na kośćcu, ustawić odpowiednio scenę, z dobrym wydechem coś wyraźnie powiedzieć, frapująco napisać fabułę i tak dalej. To wymaga niezłych paru lat praktyki i to od młodości. Pierwszym czynnikiem filtrującym jest profesura akademicka, czy szkolna – to profesor daje tę pierwszą piątkę, druga… Można powiedzieć, że skoro warsztat ma opanowany, tyle lat na to poświęcił, to jest jakby Artystą. Ale to się okaże w życiu, po pierwszym, drugim zamówieniu, tak jak to bywało w Odrodzeniu…

Sylwia Ciuchta: A teraz jak to wygląda Pana zdaniem? W sztuce Performance?

Przemysław Kwiek: Granice sztuki zostały poszerzone. Wiadomo dziś już w stu procentach i nie ma co o tym dyskutować, że Performance też jest Sztuką. To znaczy są Artyści Sztuki Performance! Są Artystami, wiec robią Sztukę…
Co znaczy robią Sztukę? Wypowiadają się tą formą na te różne tematy (społeczne i inne, o których mówiliśmy), w sposób mistrzowski. Artysta dziś nie musi już umieć namalować kota w kapeluszu palącego fajkę, który będzie wyglądał jak żywy, skoro wypowiada się świetnie w sztuce Performance.
Ale to, co przed chwilą powiedziałem w odniesieniu do sztuki tradycyjnej, przedstawiającej – obowiązuje to również w dziedzinie sztuk nowych, poszerzonych, audiowizualnych czy medialnych. Na tym polu też są hierarchie, profesorowie i również strasznie ostre sito – galeryjne, instytucjonalne i kolegów!
Właśnie takie Festiwale jak ten też do tego służą. Dlatego mówię, wytrwanie to jest jedna rzecz, zdolności to jest druga rzecz. No jakoś musi to się toczyć...

Sylwia Ciuchta: Gdzie dziś możemy obejrzeć Pana sztukę, jakie są Pana najbliższe plany?

Przemysław Kwiek: Zna Pani tę najnowszą tzw. „Księgę” KwieKulik, która się ostatnio ukazała? (KwieKulik, Zofia Kulik & Przemysław Kwiek)*16.
1700 skanów, parę tysięcy plików do porządkowania w komputerze po redakcji. Warto prześledzić, bo tam nie tylko o nas chodzi; wszystko w niej jest oparte na zaprezentowanych faktach i jest ona znakomitym dokumentem o sytuacji sztuki w latach 70’ w naszym codziennym życiu wtedy w Polsce.
A co w najbliższym czasie, jeśli o mnie chodzi… Dla mnie najważniejszą rzeczą w tej chwili, sprawą życia i śmierci jest zrobienie mojej retrospektywy.
Moja twórczość jest bardzo mało znana, a opublikowano o niej bardzo mało, jakieś szczątki. To znaczy, to musiałby być duży fundusz, bo wiele rzeczy trzeba odtworzyć. Mam znakomitą dokumentację, filmy (ale co z tego – w szufladzie i w plikach na komputerze). Mam setki dokumentów. Pewne zdjęcia mogłyby być powiększone np. 5 na 10 m. Można by odtworzyć pewne przestrzenne obiekty, instalacje, czy Performance. Performance można odtworzyć albo w stu procentach, albo w taki sposób, aby zrobić kolejny krok w stosunku do tego poprzedniego, itd.
Do tego jest potrzebna retrospektywa, aby zobaczyć całą potęgę, moc mojej twórczości, mój, jak go nazwał Piekarczyk, „Utwór”.
A dlaczego jeszcze jest to ważne? Aby ludziom uświadomić na czym ten mój Appearance polega. Żeby zobaczyć moją sztukę w stu procentach, ktoś musiałby by mi wejść na plecy, przystawić swoją głowę do mojej głowy i całe życie ze mną tak żyć. I on wtedy dopiero zobaczyłby całość mojej działalności, oczywiście jest to niemożliwe fizycznie.
W związku z tym trzeba by pokazać łańcuch mojej pracy artystycznej; jakieś fragmenty tego łańcucha również z KwieKulik, gdyż go kontynuuję. Moja działalność tworzy taki łańcuch, gdzie jedno zjawisko wynika z drugiego i następne może nawiązywać do pięciu kroków poprzednich. I tak to się toczy po prostu. Wszystko jest „zlinkowane”. „Linkowanie” było świadomą zasadą procesu moich kreacji, jeszcze zanim stało się zasadą „Sieci”.
A więc Internetu!
Na tym polega wszelka „narracja Internetowa” wywoływana przez Internautę klikaniem w linki. Stało się to teraz naturalną drogą każdego – „chodzenia” po ścieżce „memów” i „wyjaśnień”!
Na tym polegała i polega „nowoczesność” mojej Sztuki!! Jest to rzeczywista nowoczesność, bo potwierdzona w końcu miliardami użyć! To już w pełni opracowałem w r. 1970!
I „pracowało” to w systemie pracy KwieKulik. Wyniki były?
A jednocześnie toczy się to w uwarunkowaniach – nie „kontekście” – konkretnego życia (co też jest dokumentowane), które wpływają na wybory w kolejnym kroku tego łańcucha.
Pokazanie tego na wystawie retrospektywnej jest niesłychanie ważne, aby widzowie zorientowali się jaka jest moja Sztuka, na czym polega i jaka jest jej wartość.*17
I żeby większa ilość ludzi miała szanse potwierdzić po obejrzeniu, że jestem Artystą; potwierdzić w szerokiej skali społecznej, bo to że nim jestem, nie ulega oczywiście kwestii – po latach!

Sylwia Ciuchta: No i na koniec, bo widzę, że pan już się niepokoi – co Pan za tych parę godzin zamierza zrobić – to tajemnica?

Przemysław Kwiek: Ależ skąd! Pokaże „Sprawnego Operatora” przedmiotami, z których jednym jestem Ja!
Zrobię to, co powiedziałem rano do kamery Jackowi Kasprzyckiemu i Jego żonie Tamarze: postanowiłem bezkompromisowo po raz pierwszy „pójść na całość”! Kawa na ławę. Tzn. nie obchodzi mnie, czy to będzie Sztuka, czy nie.
Postanowiłem, że pokaże nagie jądro tego, o co mi chodziło od samego początku, aż do dzisiaj [1967-2014]. Filozofię, zasady mojej pracy. Bo dotychczas, z „poza dymu Sztuki”, nie było to może dla każdego jasne.
Wywieszę hasło-termin „SPRAWNY SPRAWCA” „pod którym” będę Działał.*18
Będzie to zagruntowane na biało płótno z czarnym napisem; później z tego powstanie prawdopodobnie obraz olejny.
Z nie mojej winy Działał będę na zestawie najtańszych materiałów, jakie dzisiaj mogłem dostać w sklepach „po drodze” do Centrum Sztuki. Czyli na surowej najtańszej żywności.
Zapłaciłem za to 36 zł. z tych 300 zł.
Zacząłem już Działać rano samotnie tuż po zakupach i po przyjściu do Centrum, na oczach gości kawiarnianych. Wykonałem „preparację”, by nie nudzić nią widzów „na planie”.
Trwała ona ze 2 godziny zresztą. Wstępnie „obrobione” „przedmioty” wkładałem do skombinowanych na mieście papierowych toreb; trudno było te torebki „wyrwać”, ale jakoś po półtorej godzinie się udało.
Finał będzie drugą częścią zasadniczą, publiczną i właśnie dydaktycznie „sprawną”; potrwa nie więcej niż 20 minut.
Potem „puszczę” video na ramce cyfrowej – jak przeklinam przy malowaniu bzów z natury. Co potem przerodziło się w kilkuletni cykl „Awangarda bzy maluje”. Taki „kolarz treści” – a co, nie? Taki np., jaki każdy nieraz sam doświadcza – wracam ze sprawunkami, a tu nagle widzę straszny wypadek uliczny…*19 [xix]
– Chcesz publiko, by Działając, moje ręce operowały szlachetnymi materiałami – brylantami, złotem, pigmentami, przedmiotami, rysunkami, obrazkami, ludźmi…? By te przedmioty swym bogactwem prowokowały mnie do kreacji niezwykłych i pięknych? Jednocześnie czarując swą „aparycją” oczy i rozum?
To są dwie możliwości: albo publiko mi je kupisz, albo publiko skieruj podanie do Ministerstwa, by ono sypnęło publicznym groszem…
To tak a propos tego, o czym wcześniej rozmawialiśmy.
Ale o co tak w ogóle tu chodzi – z „lotu ptaka”?
Otóż wydaje mi się rzeczą ciągle szczególnie ważną dla Polaków, a zwłaszcza teraz dla Ukraińców, pokazywanie „wyglądu” sprawności w czystej postaci – uświadamianie ludziom jej wagi! Jej sensu. Jej skutków. Tylko tą drogą możemy się bogacić. Tylko tą drogą możemy być prawdziwymi wolnymi kreatorami! Tylko tą drogą możemy stać się państwami podmiotowymi, silnymi, niezależnymi! Nie mówię o narodach!
Z innej beczki. Są dwie drogi dojścia do bogactwa – poprzez sprawność lub przez zabijanie i grabież – jak u ludzi Hitlera, separatystów i podobnych bojówek… Co lepsze?...
A! Zapomniałem – głupi byłbym, gdybym nie wykorzystał tych tu zastanych przedziwnych stołków [Ernest Neto]; już je ustawiłem w przyścienną podkowę od razu pierwszego dnia po przyjeździe, super… Dziękuję i znikam!

VIII Festiwal Performance Koło Czasu (12-14.12. 2014 r.) Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu, Toruń.

Sylwia Ciuchta ©

Pisownia dużych i małych liter zgodnie z sugestiami rozmówcy.
Przypisami (patrz część 2.) opatrzył Przemysław Kwiek ©