Pr. K. Poezja ©. TOMIK DRUGI NIŻEJ


TOMIK PIERWSZY





Serce mam jak wahadło
Abecadło z pieca spadło
ciąg się rozpadł
na nic wiedza
tylko serce raz w A raz w Z uderza


i w ostrosłupy soli
      kule cukru
  w armaty truskawek
i w klepki pieprzu
  w jaja Wielkiej Nocy
i w kawior zmartwychwstania

Wieczność osiadła na osi w lewo i prawo od zera
Widliszki w pokoju hotelowym jak wyszukane psy












Nie wiem kiedy zasypiam
A chciałbym to wiedzieć
Rano się budzę i nie pamiętam kiedy zasnąłem
Chciałbym tak umrzeć
Ale wtedy nie obudzę się by nie pamiętać kiedy umarłem

Wiem kiedy się budzę
Jak umrę chciałbym tak zmartwychwstać
Ale wtedy nie byłbym człowiekiem
mimo że wiedziałem kiedy zmartwychwstałem




 








Wszyscy jesteśmy zdrowi
Ale nasze serca chore

Jesteśmy ładni
Ale nasze buty brzydkie

Chore serca w brzydkich butach
A my zdrowi i ładni

Czasami jesteśmy szczęśliwi
i trafią się buty genialne
trafią się buty genialne choremu sercu
które zdrowe, ładne i szczęśliwe
idzie w nich we mnie
bym odczuwał, pracował
i nie pamiętał kiedy zasypiam.
A kiedy pamięć pracuje
gdy spać się powinno
wtedy ono
              to serce
buty zdejmuje, to wkłada
zdejmuje, to wkłada
genialne
i cierpi bo chore
i męczy się
bo idzie do rana










Czuję się lepiej niż wyglądam w lustrze.

Bogaty czy biedny
wesoły czy smutny
mądry czy głupi

                              wyglądam tak samo

Kochany czy nie
najedzony czy głodny
pełen czy pusty
dobry czy zły

                              wyglądam tak samo

Czerwony czy biały
słaby czy silny
kulturalny czy nie

                              wyglądam tak samo

Jak cię widzą tak cię piszą.

Widzą cię jak lustro
a więc piszą tak samo,
że wyglądasz tak samo
bez względu co myślisz
i jak się czujesz

Więc zbiję to lustro
odwrócę się tyłem
by czuć się lepiej
i nie wyglądać w ogóle

Więc zbiłem to lustro
odwróciłem się tyłem i czuję się lepiej
i nie wyglądam w ogóle











kilkadziesiąt serc czerwonych
żmiją leżących korali toczonych
pociągiem jadących
pancernikami na niebie
w zapachu dziegdziu
cholewą błyska
szuwaksem pokrytą
o moje brzozy! o moje wrzosy!
piachu gorący

leżące rzędem
jedno za drugim
jak krok za krokiem
w falach przeźroczych
rzężących w pionie
o! tu migła jaszczurka
a tam chyboce się motyl
żywicę czuć i zardzewiałe żelazo

o matko nieszczęsna
zapomniana
z twymi rękami żytnimi
w żył klatkach
ze strumieni
wodospadami spływających
a których dotknięcia pamiętam
jak ślepiec zbliżającą się twarz czujący
o matki! o żołnierze!
w wierszach które po was tylko zostały










Szumią jodły na gór szczycie
Szum, góry, szczyty zostają
jodła odpada

Sen mara bóg wiara
Sen, bóg, wiara zostają
mara odpada

Szum, góry, szczyt
sen, bóg, wiara

Kiedy sny blisko
zaczynają szumieć bogowie
wiara tylko zostaje do rana
Kiedykolwiek będziesz na szczycie
głębia będzie przy tobie
jak pies
Piekło tobie opowie
podczas jazdy
po górach nocnych godzin
zanim zaśniesz
jeśli zaśniesz
A kiedy śniadanie już blisko
realne
nie boskie
i gorąco od wiary
że każdy dźwięk za oknem
to…
ona zjawia się materialnie
niewyobrażalnie

I szumy cichną
góry się płaszczą
wiara już niepotrzebna
bogowie poszli spać
On oszalały stoi
i każe wstać
                by śnić
realnie
niewyobrażalnie














Przyszedłem własnoręcznie
zapukam do Ciebie
rozdziawię twe uda
a hipnozą ziejąca
ta cięciwa pionowa
pomiędzy stercząca
tak że ryba co ledwo zipie
w zwodzie zatrzyma
swe skrzela otwarte
jak moje oczy niebieskie
w otwory wszczepione
tej ryby nieżywej
na wdechu
umarłej












Trzydzieści sześć tysięcy rozwianych gryzetek Paryża załadowano do wagonów wschodu, gdzie srebrni święci jak jeden mąż odwrócili głowy jak na komendę.
Rozglądając się, podziwiając stalaktyty, będąc w jaskini, zamyśliła się, nawijając i odwijając na palec siwy włos.
Woda kapała raz po raz a koła stukały o szyny.
Było tak zimno, że siedzieć bez ruchu było nie sposób. Pęd rodził wiatr.
Ale samotność skończyła się wkrótce, kiedy niepostrzeżenie pojawiły się wokół atłasy buduarów i wygodne fotele. Woń pieczonych kaczek odpędziła natrętów.
Starcy zamknęli swe oczy, jakby mówiąc „tak” i twarze ich zastygły w cieniach brązów. Przez moment można było zaobserwować stan absolutnej ciszy i bezruchu, mimo świadomości, że przecież to nie będzie trwało wiecznie.
Zasiadano do stołów do których nie podano.
Chuchały w zgrabiałe dłonie — czułe na ciałach alfonsów — teraz obolałe, zmarzłe.
Ale, jakby tego było mało, malutki chłopczyk — skarabeusz rewolucji — patrzał się z dołu.
Wiedziała, że zaraz będzie musiała się podnieść z wygody, wprawić w ruch spokój ciała, a po kupnie biletów oddać się rozkazom — i że wtedy siatkówka jej świadomości odklei się, co jak zwykle, spowoduje mdłości przy zwartych szczękach. Wszystko by wolała tylko nie to — nawet wejść w ubraniu do wody. Przypomniała sobie jak kiedyś odpędzała ptaki znad rozwieszonego prania. Szybkim zakolem ręki nad głową, głośnym świstem, stukotem kół.
Wołga torów wydawała się bez końca.
Gryzetki umierały po kolei w zimnych atłasach.
Starcy zajęli ciepłe fotele.
Chłopczyka wzięła na ręce pięcioramienna ośmiornica i przypięła go do piersi.
Lodowate tumany dęły w gwizdki.








Ołów, nie słońce
Ciemno, zimno, wietrznie, mokro
Suchy, nieżywy pająk spęczniał, ożył, zczerniał, wyszczerzył zęby
klapy mu się otworzyły
był na człowieku
człowiek mały, pająk wieelki
Zewsząd, różami wiatrów, szeregami, szprychami, siedmioma piekłami
tysiące Trzech Króli
ciągnęli do dziur pajęczych
po nogach, po rękach, po głowie
Jedni rzucali kasztanami, inni byli Królami Olch
pyłkiem–niemowlą ssającą kciuk
łkanią bujającą kołyską
Niektórzy miewali władzę, czasami rządzili
Świnia jadła żołędzie
Deszcz padał z ziemi na niebo
/tatarskie dzieci taplały się w niebieskich kałużach
                                                                — głowami jak jaja do dołu/

Ołów spłowiał, słońce nie
Jasno, ciepło, nieruchomo, sucho
Pająk zmalał, zdechł, opadł w kąt
Deski surfingowe wyszły w morze
Fale dające napęd do plaży
szumiały wystrzłami
tysięcy puszek Cocacol
jednoczesnych otwierań
Poniże zera, tak miłe w upał
chłodziło wymiona teledysków, galaktyk elektronik

Trzysta, czterysta lub pięć
płacz, zazdrość lub dwa
lekki beż lub róż
wybory potwory lub alternatywy
nieżywy lub jeść, pić
lub dość lub jeszcze lub wiosna, jesień
                                      jak kto chce
zmieszaj gacie z uszami dzbanków
nogi stonogi z wybrzeżem Pacyfiku
                                      zażyj i śnij














świst noża
smak krwi
och!
potem
długa, długa
wszawica
dobytku praw
fizyki przepisów














Wieczność osiadła na osi, w lewo i w prawo od zera.
A nad nią czas, wyrażony ruchami chmur w Chaplinowskim tempie.
Nocą księżyc, który gdzieś tam słońce zapodziane odbijał
bladaczką zimną, cichą, był tej nocy jasny.
Przestrzeń, w przód i z tyłu, w górze i hen…
pod stopami, daleko oczywiście rozciągała się.
Nie starczało zboża dla wszystkich
mimo sapania setek parostatków stojących na redzie.
Twarde rzeczy same w sobie otaczały się nawzajem
wichry owiewały je pomiędzy.
Grawitacja dawała by znać o sobie tym mocniej
jeżeli by od myśli przejść…
robić coś, cokolwiek











30. kg. motyli fruwających po obu stronach bramy
kirem wspierających nadproże koronkowe
dwie kolumny lewa i prawa przysłaniają srebrzystoszare walory spodu
Cóż widać przez wrota hen w dali?
Czy oko spocząć gdzie ma?
A myśl?…
Chmury, zachody, drogi wijące
zamki, poświaty, stada i wody
tam są?
Tęcze, szafiry, czerwienie skąpe
ochry, brązy, pomarańcze, fiolety
czyż objawiają się nimi widoki?

Czas zatrzasnąć tę księgę
kichnąć pyłem wzburzonym
i odstawić na półki
Wrócić w kuchnię, zioła, przyprawy
w ciepło, zapachy, bulgoty i szczęki
w stania, krajania, mieszania i lania
by wreszcie zmęczone, zgięte
w fotel wpasować ciało
Korowody wiadomości jak promienie przenikliwe
kolorami i sensami, dźwiękami i zmianami
opalają ciała marszparadą taką samą
czyniąc nas tożsamych, opalanych pod tym względem
tej czynności czy bierności
                  jak kto chce

Mytaś?












Nieutulone dusze
w świecie materii
    mąka
    mleko
    biały ser
    buraki
    włoszczyzna
    jajka
    kartofle
    cebula
    pieczywo
    pieczarki
    majonez
myśliciel
czy wielki?
metr osiemdziesiąt
osiemdziesiąt kilo
praktyk
a tu wielkość
to wymiary i ciężary

I rozstąpiły się niebiosa, a zdjęta z próżni cieniutka powierzchnia
piekielnych fal cyklamenów złotych
otoczyła ten wiersz jak rajstopy dół kobiety









Złoty piasek toczy swe wody
nurtem którego nie ma

Z czego składa się rzeka?
Z rzeczowników i czasowników
rzeczownik to „woda”, „koryto”
czasownik to „płynie”
„nurt” nie istnieje
nie ma także „zakrętów”

Co mam robić
Co mam robić
by w Boga uwierzyć
Pawle?!

Tak jak w słońce
które nad rzeką raziło nas w oczy
i w wiatr co zrzucił kartkę na brzeg?
I w japońską kamerę którą Krymarys
notował naszą rozmowę?
Tak jak w popioły mojej duszy
w krzywe i potłuczone żelazo–betony naszego kraju
w beznadziejną drogę
i rozklekotany autobus który przywiózł nas nad brzeg?

Módl się za mnie
w dymach pogorzeliska tej podróży
i notuj japońską kamerą
te modlitwę

Ja będę zbierał
w katalog wpinał
ziarnka złotego piasku
które cząstkami popiołów i dymów były
z nerwów na których osiadły
z ciała które mazią pokryły











kaszaloty perspektywy
łuki i cięciwy
zwisy wzbudne
gejzery lewitacji
mamroty bród
melody cudne
kasztelany kwitnące
kwiaty pachnące
                  cud, cud!

matki boskie na poduszkach
nad — sztandary
przed — dziewek buzie
za — matki, babki czarne
narkomani nieżywi
 z muchami nad nimi
z ludźmi mimo
na kazanie idącymi
o tolerancji planowanej
ulicami pełnymi
nabożnego skupienia
duchowego odprężenia

w domu dokończenie
wolne uczestniczenie
transmisja pokryta
spowiedzią początku
końca tego
w milion liczonego
w czerwcu ciepłym
moralnością ociekłym
                  cud, cud!









Nareszcie nieboskłon zaczął się rozsuwać
Chrzęst tego mrugając powiekami powiewał
gdy wytrzeszczając oczy skierowane tam
patrzał na ten cud, olśnienie, objawienie

Dwie jego poły rozchylane palcami Matki
Boskiej białymi niby wargi sromowe
trzeszczały tracąc błękit gubiąc gwiazdy
tworząc komety z końskimi ogonami

Lata sześćdziesiąte pięknych grzywek młodych
klasycznego rockandrolla oraz tego barszczu
zimnego w grubych kubkach studniówki
uroczystości oczekiwanej, widocznej

Nie! Czyżby? Tak! Niesamowite! Patrzcie!
Uwierzycie? Jak wam opowiem jeśli wyrażę?
Jedynie ogień, jedynie ogień
albo piorun, lawina, moc słońca

Byłyby w stanie to przekazać, jeśliby mogły!
Jak skok z trampoliny z milionem obrotów
a każdy obrót trwający godzinę
Jak chwila narodzin zarośnięta rzęsą

A każda rzęsa jak oko cyklopa — jedna w czole
i wielka i wielka niczym grejpfrut w rączce głodnej dziewczynki
co płacze co płacze z zapałkami na mrozie
Sto majtek cudownych postawiło kołnierze

Trzasnęło w dłonie i delikatnie zaczęło się zsuwać
z iskrzącej góry łonowej gdzie uda rosną
przy stawie brzucha a w dali piersi udają maski pośmiertne
po których żyletki toczą swój taniec hiszpański

I gdzie, nosem wetknięty, wiruje jak bąk kundel bezpański
Nie każdy, nie każdy
miał szczęście być tam wtedy
On zobaczył.








Poskładał do kupy w logiczną całość
nareszcie po tylu latach
w akcie łaski natury
co doskonałości chcieć miała jak mózgi podane:


Kurwie jagody strzępków agata z kwasem orzechowym swojego brata.

Byty nierealne tej dziewczyny młodej w studnie lwiej paszczki wgapionej i pyły ninihilisty zwierzęcego, co te byty powypychał kaszanką ego z wałami mleczy nad tą rzeką, tą jedyną, co skrzydła swe rozpostarła wysoko tam w dole za mgłą siepaczy Turgieniewa — gdzie cytryna dojrzewa — z poczuciem kolumny korynckiej na supeł związanej.

Czerwone zaskrońce i słońce gorące tym ciepłem spod lady z językiem wywalonym z wyżartym na nim znakiem nicości, co podobno aniołem był kiedyś jak małym dzieckiem miał.

I widoki przepiękne i jedzenie przepyszne z wyszedł niestety.

Jak państwu się podoba i żabką małą z być może dzień dobry i podłogą zalałą.


Jak gdyby na wiwat tyłem do przodu od lewa do prawa ze zdjęciem wzwodu, wstanięcia, podniesienia, co go ksiądz robi raz po raz od czasu do czasu w piękny światłem brzemienny dzień jesienny.

Jakoby było, nie szkodzi że święta, ostryga w Nowym Jorku; bąbki duże, małe, kolorowe z, co ze świstem przeleciał baron Münchhausenem przez morze Czerwone — którym, gdy nie było go widać, kręgami rybimi był wytatuowany z owocem madrasu, mandalą biedy, czarnym okiem, wodą Gangesu i Syzyfem szczerbatym w szpicu piramidy do góry nogami.


Gdyby odkleić, a tamto zamienić, cokolwiek dodać, ująć jak gdyby aby gdykolwiek pukło cichutko, bzykło cieniutko, kapło wolniutko — oddać, oddać wszystko, wszystko odrzucić, nowe przyjąć po tamtej stronie z rozpadliną kapusty — ogromnej ilości, ogromnej przestrzeni liczonej w tysiące główek zielonych.

Wtem, otwory tańczące, by dosiąść cokolwiek z nim, kluczem jałowym, wyżętym, zmęczonym do granic wschodu, masłem marcepanowym listopadowym.

Święto chryzantem, woń zniczy, kant błota głęboko, głębiej zęby zacisnąć trwać robota niech będzie aż do błysku, co stanął na chwilkę, by w łezkę spojrzeć promieniem wąziutkim i przez źrenicę w komorach serca swe ciało złożyć, przylgnąć tak chcące, tak przylgnąć, że gotowe umrzeć, by sobą oblepić z wodą przestworzy, pasami poziomów, krechami pionów, plamami planów

Moje i twoje, nasze i wasze grosze żałosne, buty przyciasne, stój nieruchomy, chód grubawy, łój słodki, potok niemrawy, mgły kraciaste, wyjące, przegięte z osiką drżącą wiatrem muskaną, wcierkami śniegów, wilgocią przestrzeni co w chwilę potem ostrzą swe groty w punkt skierowane w szczątki żałosne świata nie tego. By go przebić.
Wylecą zera, łańcuch, a jakże, oczka na szyję, ścisną, nieważne, z bydłem, kołdrą, wydrą i mordą.













Tym razem nie jedno
a sto słońc zachodzi
Sto zachodów słońca!
Sto przepięknych zachodów
Sto czerwonych słońc
sklepień sinawych, seledynowych
różowawych, pomarańczowych
par wodnych promieniami schyłku przeszytych
niepostrzeżenie szarzejących
gasnących, stygnących
w nieuchwytnych transpozycjach
przekształceniach, rozwoju
i pion świecy z głową płonącą
człowieczek patrzący
wzruszony podziwem
w nim
widzi siebie z nią
z kobietą chcącą
wyznać mu
kocham cię
kochać się
z nim
lecz nie byta tu teraz
żal z bzykiem komara
dodaje
do chłodu
do zmroku
i mężczyzna idzie z powrotem
wzruszony
tylko musząc
po ziemi












zagrzmiało przez cztery grzmoty
trzem błyskawicom zawijasami pacnęły
proste baczności
soplami lodu między stojały
ubrane wodą winiety

kolaboracja, kolaboracja
kolaboracja, kolaboracja

nad wijcami rzek w dolinach
chmurne nieba dmuchane wiatrami
się swastyki obracają dwie
wersy gryzają oboje
palce i zakładką między strony
podział dokonany
na już wiem i jeszcze nie

więcej łeez!… więcej łeez!…

ekrany rozjechane karetami
komputery wyjące klarnetami
karety jechane po ekranach
klarnety wyte do rana

w karetach ekrany
na ekranach karety
w kasetach archiwa
archiwa niestety











w ułamkach minuty
świat stawał na wieczność
co chwilę
i nogi na lodzie
chcąc iść to stać

zatrzymaj mnie
ścierwo kochane
z powrotu chorego
lepiej zawrócić
z tobą
do celu małego
ściskając gąbkę
wściekłości
nadętym powietrzem

„źle robisz” słyszę
i poszedłem
i źle zrobiłem
bo spiralkę zła
jej wszczepiłem
bo banalnym bio
było
na współczuciu powrotnym
i zbilansowanych ciśnieniach
a do tego
zwracany i zjadany
heroizm z musu
dłużby
autobusem









nieznany jest los, na co dzień pracowała jako, tragedia rozegrała się w domu, utrzymuje, że nazywa się, miejsce pobytu, sprawca, zgwałcenie, mężczyzna w wieku, w wyniku napadu ofiara zmarła, wyszła z domu i dotychczas nie powróciła, zboczeniec, miejsce pobytu, proszeni o kontakt, spłoszony, poszukuje listem gończym, dokonując kradzieży rozbójniczej, poszukiwany, uciekła z domu, posiada lekki wąsik, denat miał, korzystał z motocykla, bestialski gwałt, szczupłej budowy ciała, w trakcie prowadzenia sporządzono, do dzisiaj nie ustalono personaliów











spokojne sumienie
pierogi zrobione
śniegi zmięknęły
owady rozlazły
rowy się spięły

chuj stanął i zemdlał
kochanka nie przyszła
bo będzie dopiero
i sperma nie trysła
ku uciesze gawiedzi

uregulowana będzie Wisła
ekologia spowszednieje
ołowie w brylanty przemienią

dzieciątko pierś dostało
słodką, brzemienną
nawis nad twarzyczką
chciwie capnęło
i pije narkotyk, coraz lepiej się czuje
zaspokojone
gdyby mogło mówić i rozumieć pospołu

sypią się płatki czerwone
z główek makowych spadają
jak piaski w klepsydrach
z góry do dołu
doły
w dnach dołów
doły
w dnach dołów
doły
w dnach dołów
doły

biedne kawki mrozem rżnięte do kominów sił nie mają
w czyśćcach ogromnych
koryta kolebią
jeziorami klaskają
konie z nich jedzą
konie olbrzymy, nieważkie, balony












Nie będąc rozwarciem dziobów
nie będąc cyną ani niedźwiedziem
wyspą, pierzem
nie będąc młodą trawką, pędem bambusa
łokciem kolana, rzepką lotosu
marmurem posągu, wstawką krawata
Okęciem Warszawy, pijakiem losu
zielenią kiwi, skrzynią szampana
migdałem oka, lupą wariata
kolorem czerwonym, bladością lica
selerem zająca, oddechem szatana
rapierem, sztyletem, agrafką żyrafy
artystą rozpadu, wysokością wzrostu
czarnym bembenem, wnętrzem korwety

nie przejmował się wiele
gdyż mógł być

rozwarciem cyny, dziobem niedźwiedzia
wyspą z pierza
pędem trawy, rzepką łokcia, kolanem bambusa
młodym posągiem, krawatem z marmuru
wstawką Warszawy, Okęciem pijanym
losem zieleni, skrzynią kiwi, szampanem z migdała
okiem lupy, wariatem czerwonym, bladym licem
oddechem selera, szatańskim zającem
sztypierem, raletem, żyrafą wysoką
agrafką artysty, wzrostem rozpadu
czarnym wnętrzem, korwetą i bembenem


ale
mając ją
czyż mógł być
bez niej?












ust podkowa
oczu moczary
tkliwość frazy
schodzenie powolne
na płatkach kruchych
w takt


bicie w piersiach
szybszy krok
radość w duszy
wejście w górę
bez, bez strachu
w takt
łup, łup

jedno w lewo
drugie w prawo
i współbrzmienie, konsonans
pancerz z łusek
błyskających
w takt

takt trzy czwarte
rzewność i parkiet
kuperki, garnitury
kroki suwiste
synkopy
łzy, bzy
i Ty

rozerwane łańcuchy
greckie ognie rzucone
biegniemy po szpicach
po kobiercach z pik

szybkie rydwany
niech pędzą przez rany
porwawszy nas
a krew gorąca
wypryska
i wplata się
w warkocze mlecznych dróg
w takt

życie jest jedno
lecz w miliardy go
śmierć znaczy nic
w pulsie uniwersum
wszech…

śpiewajmy
gdy w gardłach
— nie zchrypią się nam —
otwarte noża
raków czerwonych

ziońmy pochodnią
spowijmy dymomgłą
w takt


wpijmy się pocałunkiem
w prąd wysoki
by energię z niego pić
niech będzie napięcie
pochwalone
snopy promieni
ruchy gwałtowne
rogi jeleni
niech
szybkość przekroczona
ręce drżące
starta patyna
młodość palona
szok sztachany
będzie














powiewanie, oscylacja
skakanie, migotanie
mieni się, mieni się
raz tak, raz tak
faluje
raz czerń, raz biel
pochwycić się nie da

I znowu o słońcu:
odbite w oknie domu przeciwległego
u początku zachodu
zaświeciło mocno
jakby było tam
przez chwilę
I nie ma go już tam
tylko skala radioodbiornika
coraz jaśniejsza

Minęło trochę czasu
Skala świeci tylko
Gdzie kiedyś słońce się odbijało
 tam też coś jest ale
 to już nie to
Głodno













Mydło
się pieni
baniuszki, banieczki
O! Jakżebym namydlić Ciebie chciał
Nike z Samotrake
szczotką ryżową wyczyścić
wypić mydliny

Jajo gorące
do piersi przytknąć
na bazie z barankiem
patrzeć
na szynkę różową
i cztery ptasie mleczka

Nigdy, kiedykolwiek
odzierać z banana
wiotką sprężynę obierki
hakiem
przed strzałem w skroń

Nigdy, przenigdy
więcej gdybania
pod hakiem











włączyłem TV
a tam wywiadu udziela
żółty karzełek
blondynek
z wypukłymi niebieskimi
oczyma
płacze
garbaty
dowód osobisty
otwarty
pokazuje
na tle regału
gdzie grzbietami szczękają
skrzypiące księgi śniegów
upchane kolanami mrozu
zamknięte na wieki
pieczęciami lodowego laku

obiad wstawiam
bom głodny
wodę gotuję
włoszczyznę kraję
z golonką wrzucam
listek, ziele daję
sól
ból

bóle poskładane w kostki
dłońmi przyklepane, wyrównane
w słojach rdzewieją
spokojnie czekając
na dzień dobry

na tęcze rozdarte
rozczepione
nic nie warte
na ubranie nagich ciał












wysunąłem dwie nogi do przodu
skuliłem głowę
palec odchyliłem
pięść w kieszeń schowałem
skuliłem kolana
w lewo tułów odchyliłem

powietrza w pierś nabrałem
dłoń powoli do siebie przyciągnąłem
powieki uniosłem
patrzałem
oczy ku górze uniosłem
przyłożyłem rękę do ucha
prawym tylko słyszałem
palec w nos wsadziłem
powietrze przez wargi wypchnąłem
na palcach lewej nogi stanąłem
prawą, zgiętą w kolanie, do poziomu uniosłem
mięśnie odbytu skurczyłem
zęby zacisnąłem
ze złością splunąłem
w tył zwrot zrobiłem
ukłoniłem się

myślę
myślę
patrzę
patrzę
słucham
słucham
myślę i słucham i patrzę
siedzę
pisałem piszę i będę pisał
wodząc piórem po papierze
kocham?
wierzę?

(Ten wiersz, czytając z kartki, Autor, jednocześnie wykonywał opisywane czynności).













Korejwo, golora
żonkile uwiędłe
żółte bezwzględne

Wanilla statua
narcyz wyschnięty
bezwzględny

Pamiętaj, że złość i ból cię nie opuszczą


Koniec Tomiku pierwszego




 

TOMIK DRUGI




Uczta 12. barwnych krasnali


W lewo w prawo ale wprost
jak kaczki
przytoczyło się
dwanaście barwnych krasnali
do stołu

Uczta dwunastu barwnych krasnali
Dawno
gdym gwoździe prostował
do swej pierwszej chaty
płaszcz przymierzał pierwszy
z komisu dostały
i do lokalu — sali malinowej — zaprowadzony został

pierwszy swój rower kupił
nie tak dawno
kołdrę swą nową
garnek, nóż, pokrywki dwie

w końcum względność zobaczył

a nawet komputer miał

patrzę
a tu krawędź życia już

Nawet żem dobrze zarobić
nie zdołał









Niemożność występku wwiercała się w kasę nadziei na nic się nie stało niemożliwe
Negatyw prostaty pustą poszwą zawodził tyłem
W tam–tamie przełomu
waliły od środka
werble egzekucji
wpełzając cytryną promieni
na kamienny pas
(co w niczym nie zmieniało rozmiaru talii)
Powtarzane codziennie dziesięcioro przykazań
dzisiaj i tak nic nie pamiętałe
sierpem po końskich łbach
trzęsione kołami (brązem) obręczy
Twój żywot odłupały
pękły ciemno
w sprzężeniu między ziemią a resztą
Ach! O zwrotko!
W skale żalu po tobie to piszę











Wtargnął[1] syn[2] wpuszczając ćmę
tego wieczoru
i pół babki piaskowej[3]
nie — wojnie; tak — pokojowi słychać[4]

---

[1] Symptomy wtargnięcia: szum, dudnienie po żelaznych schodach

[2] To dawny Dobromierz.

[3] Którą sam upiekł, jak go kiedyś uczyłem.

[4] W TV.












Moje pięćdziesiąte urodziny
pięćdziesiąt świeczek
pięć rzędów
po dziesięć
mężczyzna pięćdziesięcioletni
ubrany jak zwykle
pojawia się
w tył odchyla się
powietrza w płuca nabiera
pochyla się
i
dmuchaaa…
dźwięk dziwny, rzężący
ogromny, wibrujący, szeroki
podziemny, śmiertelny
orgazmiczny, ranny, syreni
spermoidalny, krwisty, popielny                        
gejzer, 50 ton
rozklejony sen, horror
Mount Everest
złoto, platyna, stal
lylyia, rdza
d., p. rozwalona
jak międzyskibie po oraniu
dół grobu ziemi pełny
na ciemnym niebie fajerwerki malowane
race
prawo życia pchnięciem wiosny uchwalone
trup brata przed sekcją
piorun operacji w procesorze
ten dźwięk
świeczkę za świeczką
zdmuchuje
na orbitę
aureoli













lubię jak mi pomidory dojrzewają na oknie

zieleń się czerwieni okropnie
na jednym krzaku 40 sztuk










Co byś powiedziała
gdyby twój samochód (Golf)
wyjechał sam spotkać się ze Skodą?












przyszły skórki
posypały się obierki
kiedy nóż zaczął się dobierać
kula wiruje
coraz bardziej naga
ostrze równoleżniki zbiera
tam gdzie tnie
i w końcu chlup










jesienne słońce skośne, jasne
pejzaż jesienny
przymglony, brązowy
powietrze jakby z dymem
niebieskim
zimno
Dałaś mi dzisiaj jesienne szczęście
jak było cię stać.











Ja grasować wychodzę samotnie
Otoczon duchami
co zwykłymi ludźmi som
żeruję
po, do skorupki biegnę
w kokon kołdry się oddaje











tak powieczki moje moje
oczne trzepotki
szeptki
przebiśniegi zerkań, patrzeń
prują, prują
packą, świstem
igiełki
świstki
rzęski

na głowy złotej otoczce
motylek się obraca
skrzydełkami wachluje, trzeptka
audycje nadaje
pajęczynką z każdym połączony
w kolorze

sześciowatowy (sześćwatny).











Ćma nocna, pająk
moi przyjaciele
bo mi nigdy krzywdy nie zrobili
i biedronka co ze mną zimuje











Jarzębino grochowa
płachtą czerwona
na oczy
któremu serce
masz dać



księżyc zapierdala po niebie
robiąc się coraz mniejszy
Widzę to.










Rozpatrywano zagadnienie rzędu leżących granatów pięknie polakierowanych.
Woda mineralna, soki pomarańczowe, kruche ciasteczka czekały na wzięcie. Pachnąca sekretarka udostępniała satatystyki i stukotki obcasików o blond klepkę pięknie lśniącą.
Jeden z młodych panów wstał i zaproponował, że dla relaksu obecnych wygłosi wiersz.
Ponieważ sprzeciwu nie było, zaczął:
„W basenie z patelni
karp chlapnął nad Paryżem
i na nią spadł
łukiem się usmażył
aż woda się wylała i gaz zgasł
Kot dał nura pod płetwę
którą zgubił gdy rybę zjadł
Wygięciem w sierp
frunęli z dna u góry
deszcz robiąc na plac”.
Sprzeciwu dalej nie było, ale i aplauzu też.
Ale wszyscy rzeczywiście się zrelaksowali.
Prezesa jeszcze nie było.

dreptał, dreptał, deptał butem z drewna
futero czarne, łuski, włoski
głupie oko, turkusowe
leży ślepe, sklapłe
w górę patrzy

Podciągnął gacie, poprawił krawat i pchnął drzwi. Przy stole w pełnym świetle obradowała elegancka Rada Nadzorcza.










Niebo wybrukowane fajnymi facetami to za mało.
nieba nie wybrukujesz tylko fajnymi facetami.
Dzieło sztuki to nota samobójcza. /18.05.95./









Bardzo lubił jak na sylwestra
o dwunastej
rakiety wybuchały
Pewnego sylwestra
(nie szkodząc nikomu)
ciężarówkę trotylu
(co go krocie kosztowało)
zdetonował
Jakże pierdolnęło!!!
Ziemia się w posadach zatrzęsła
Lej na głębokość pierwszego piętra
wywalilo
Teraz tu, w tym miejscu
jeziorko oczkiem błyska
przerosłe glonem zieleni
(deszcze padały)
i upał
(a minus dwadzieścia za oknem
kiedy to piszę)
                  31.12.95











No urodź się!
urodź!
Już na ciebie czekają
Ulice Seazamkowe

                  22.04.96.

przechadzałem się Starówką
już nie ruinami
przechodzę na Śródmieście
już nie kanałami











Jeśli ufarbujesz na czarno
rzecz (wdzianko) już ukształtowaną
to będzie przebijał wzór

Chcieli se pogadać
policjanci
na Umschlagplatzu.










„Kurwa! Odpierdol się!”

zdenerwował się

chwycił pompę

i rzucił nią o ziemię nie bacząc,

że płyty chodnikowe

lub pompa

mogą się zniszczyć.











Trzy balony sylwestrowe
Zawieszone na oknie
Sam je nadąłem (nadęłłem?)

Kupiłem w sklepie
Domorosłego kapitalizmu
Za pięć dwunasta

Złote odważniki

Policjanci z Białej Podlaskiej przyjechali
do rodziców Roberta o pierwszej w nocy.
Powiedzieli, że syn miał wypadek. Na pytanie,
jaki wypadek, policjanci odpowiedzieli:
„w sumie nie żyje”.

Kapitalne — w sumie.









Ja rozumiem, że można robić karierę po trupach
ale nie po dupach
Ja rozumiem, że można iść do kariery przez trupy
ale nie przez dupy

Jak nie sprzedając utrzymać się ze sztuki?
Oto tajemnica nadziei
Oto wyzwanie dla mądrego

Sztuka nie sztuka
Kupić można
a nawet się powinno











Najładniejszy wyraz?
serdelek
A najgłupsza rzecz?
człowiek z karabinem

Mistrz pism

Tygrys tamilski

Lepiej — głupi z karabinem
który coś tam niby myśli
rozkaz wypełnia, porządek robi.










Powinno się być zawsze:
1) wyspanym 2) nakarmionym

3) w zimie ogrzanym 4) w lecie

ochłodzonym 5) wszystkiego
nauczonym 6) od złego
ochronionym 7) zdrowym
8) spuszczonym.










Trzaskająca nędza
i materiał zwierzęcy

To z dzisiaj (środa)
— te dwie perełki

Pierwsza, to o kombatantów chodzi
w ich wielkim odsłonięciu ku pamięci
druga — zasłyszana — to o psach
na policyjne tresowanych

Żadnej mądrości w tym wierszu nie ma
Ale jaka jest mądrość choćby w schabowym?











Każdy malował siebie jak chciał
ale wszyscy starali się aby całość była dobra.









04.03.97.

Deszcz, upał, zimno i wiatr
to czynniki nie pozwalające cieszyć się
byciem na zewnątrz (mieszkania)
także
głód, pragnienie
także
gorączka
zaś byciem tu i tam (wewnątrz i na zewnątrz)
oprócz głodu, pragnienia, gorączki
także
zdrada, nędza (brak pieniędzy), hałas, wibracja.









Widać z oddali

dwóch czippendali.










Jako Performance zacząłem obrazy malować
Do czego to doszło!
To z lęku Wysoki Sądzie
z lęku przed głodem.









Przyszedł piesek

nie będzie rozpusty na naszym terenie
nasza suka — Misia — jest gotowa
czy u nich to rozpusta gdy natura wzywa?
jednak psy podlegają planowaniu swoich panów.

 

Psi gwałciciele.
Człowiek wściekły, bezradny
zęby zaciska
jak on przez siatkę
zwinnie przechodzi
i gwałci suki od razu.
Lata taki wkoło truchtem
bez przerwy
przeskakuje
gwałci, jak człowiek tylko głowę
odwróci.

Dlaczego hycli
nie ma.
Gdzie hycle
do cholery.
O! Znowu…











05.03.97

Potężny talent
przetoczył się dudniąc

Pedalska smarówka.
Wojciech... w roli masła z Ostatniego tanga.

Po Noblu Miłosza i Szymborskiej
nie ma sensu się wysilać.
Nikt nigdy nie powie
że lepsze.

Po co są Poeci Narodowi?
Za Norwidów robią
by cytaty dla posłów kombinować
„Jak mówi poeta”.

Co to jest chrzest?
Dlaczego na mokro?
To w pamięci długo zostanie
— przez sposób.

— Mrożonka w zimie, tato?
— Tak synku, z Horteksem zawsze lato!










Pomazanie czasem
Nasycenie własnością.

Mercuccio trupem
a morderca jego żywym?











Życie po kolana
Uważać…
Nachylać się nisko
nisko ucho nadstawiać
by usłyszeć.
Jak tak dalej pójdzie
to będziemy deptać.
Paranoja nadchodzi
Surfing na falach żywiołów
Na wprost rozmawiać z olbrzymami










Ja potrafię giąć blachy
jeśli pan chciałby wejść w blachy rolę
to czuć pogięcie może poczuć też
we wzroku moim
kłębach chęci









Lubię jak mi pomidory dojrzewają na oknie
Czasem jest mi markotnie
Co rusz biorę najczerwieńszego.











Rozlały się me herbaty czyste
słodkie i gorzkie
w bufor rozsądku
staroświeckiej kolei
nie rozwiercać
nie przewiercać
z ciszy palonej
napar hałasu
być może komuś
żywiej zabije

nabrać powietrza
i wstrzymać
ziewnąć, raz, drugi.

Mały, grubawy był, to nazwali go globulka

Język to takie coś, czym się mówi
powiedział
Mały, grubawy był, to nazwali go globulka
dobrze jest pot spływać z oczu
przejęzyczył się
„Po co pawiowi ogon”
zadał sobie pytanie
„Po to żeby był ładny”
odpowiedział sobie.











12.92

 

Coś okropnego
Coś okropnego
Coś okropnego
Coś okropnego
Coś okropnego
Coś okropnego.

 

Jak zjesz kawałek człowieka
który żywi się narkotykami
to sam się trochę zaćpasz

 

Pół koła
Koło to uderzenie w tam‑tam
uderzenie to rozrastający się dźwięk
pół koła to nagłe urwanie dźwięku.

 

Pojadać czasu jak dobrze ukrojonego chleba
w miejsce krzyża codziennego
Tak czy nie tak?
Popatrzeć na ruchomy obrazek
nic już nie robić
Ooo!
Dynastia.











Nareszcie nie ma w piździe
chemii
śnieg sypnął
jasno w ciemni
Chociaż to dobre
święta lecą ławą
zeszłoroczne zaczynają się pamiętać
jakby dzisiaj były
Oj! bo nie zdążymy
Sam
ciągle sam
siebie mam
i muzykę głośną
jaką wiesz
i szampan
Przyjemności co nic nie kosztują
Oj! przyzwyczaić się trzeba.










Szef bandy
instalator gazowy
i jego banda.

 

Obierzyna obrana z jabłek
w które były wymalowane.









Odsetki od serca
Ogony podsmażane do dyskusji
i wicewałęsa











Finałowa piątka
Piątki suknie
Ciałka mokre.









Stugębne parlamenty
gadająca demokracja.

 

Jeśli herbatniki są ludem
to tort jest parlamentem.










Siedzę nad rzeką Missisipi
i river mi się śni
wrzątek kipi
a ona ze snu kpi

 

Niech żywi nie tracą nadziei
Kręgi na wodzie puszczają
niedźwiadek śmieje się w kniei
jak śnieżek, co kapie walerianą

 

Konwencje są najważniejsze
gdy się chce być zadowolonym

 

Slapcio, slapcio
pajączki po jeziorku.












Z lewej strony wielka rura
z prawej strony wielka rura
schodzą się w tym miejscu.









Wanna za krótka
sedes przy wannie
łazienka za mała
kuchnia w pokoju
ubikacja w łazience
łóżko w kuchni
gotowanie w sypialni
pranie w living roomie
obiad na biurku.

Jeden pali
drugi żyd
tamten je mięso
trzeci je mięso
inny leń.










Są tak mocno ze sobą związani
namacalnie
archiwalnie
orbitalnie
że swoje nie z sobą miłości
nawet
wrzucają nie oglądając do wspólnego wora który niosą
Widzę jej twarzyczkę w czerwonej czapeczce
z dwoma rogami (bo w domu chłodno)
gdy pyta się co robić
zanim i potem
gdy imperatyw kategoryczny
każe jej pójść ode mnie
nie do mnie
by być w zgodzie sama ze sobą
Widzi porost odczółek o które się potrąca.










Konstrukty pokraczne jego
niezliczone
mnożne
mierzwa jestestwa rozbita
pracowita
drutami życia klecona
niszcząca rzeczy
metafizyką z terminów czarno ubrana
popędami biorąca
chora
w meandry sfastyk, gwiazd i krzyżów
wpita
Boga ssąca z nich jakiegoś
jego
wirująca nieszczęściami
w szczęściu rżnąca
na baranach Wschodu
wsparta
drżących rezonansem
słowem kocham rozkraczonych
Przed rasą w pokłonie
nad Żydem w zamachu
od męża z daleka
w samotności w strachu
Miksy krwi, spermy i ziemi
złości, nicości, flaków i olei
role, które z trzaskiem pękają
bo nie mieszczą ambicji, ideałów
w obecności nieczystych, palących i leni
i gwoździa który wbija się nie tak
Krzyżaki z noży, węży, orłów i żyletek
znaki, swastyki, bazgraki
ciała bez rąk i nóg
pokraki
kompot z nihilizmu, anarchii, Niczego i kobietek










Wczesność wschodu
powoduje rzadkość jego

 

Wielkie, czerwone słońce
powrotom od piersi świadkuje
kurwom wymiętym
dojeżdżaczom odmytym
sobą zajęte
sekundy wejść rozmytych
w górę windują je
stopnie wysokości rozmyte
rozjaśniają je
koło malejące
Harmonia jego drogi
od niej do domu
ze wschodem
i matką jego
z nim
ją wypełniającym
przedstawi się za 20. lat
a normalne wschody
w przypuszczeniach niezmienne
na pewno innym
zachodzą
i
woda sodowa, jajko półtwarde
herbata lekka, rzeczy niewarte
Przebaczenie spływa, ukaja, lokuje

 

Baranie wschodu
czy nie możesz
zrozumieć
co mnie denerwuje?

 



Koniec Tomiku drugiego